[ Pobierz całość w formacie PDF ]
zwoli wrogowi umrzeć szybko. Będzie musiał odcier�
pieć za to, co zrobił kiedyś z jego twarzą.
I oto szczęście znów odwróciło się od niego. Zaklął
szpetnie, widząc Slatera i Victorie, zabierających ze so�
bą Amy. Wszystko stało się jasne - Brody musiał wy�
mknąć się w nocy.
McBride miał ochotę wyć z wściekłości. Ten cho�
lerny drań znów go wykołował! A przecież wstawiał
tej dziewczynie gadki o miłości i za Boga nie wygląda�
ło na to, że ją zostawi. Ale ten facet to cwana sztuka.
Może chciał tylko zwieść Slatera i jeszcze wróci po
nią...
Camowi zaświtała nowa nadzieja. Okrutny uśmiech
wykrzywił jego rysy. Szybko wsiadł na konia i ruszył
za zwiadowcą i kobietami. Teraz trzeba tylko wykom�
binować, jak dorwać Brody'ego, żeby nie narazić włas�
nej skóry.
Slater zaprowadził dziewczyny do hotelu Mengera
i wynajął im pokój. Kiedy już się ulokowały, poprosił
Victorie, by wyszła z nim na korytarz.
- Dacie sobie radę same? - zapytał z troską.
- Tak, oczywiście - odparła, zaskoczona. - Dlacze�
go pytasz?
- To dobrze. Koniecznie zatelegrafuj do ojca i dopó�
ki nie przyjedzie po was, nie opuszczajcie hotelu. Ja ja�
dę za Brodym.
No tak, jasne. Czego się mogła spodziewać? Ona od�
zyskała już Amy, ale on nie wypełnił jeszcze swego za�
dania.
- Jak sobie poradzisz... sam?
- Będę jechał drogą na południe i pytał ludzi. Ktoś
musiał go widzieć, bo tylko przy drodze jest woda
zdatna do picia.
- Przecież Amy mówiła, że wyruszył na północ.
- Nie powiedziała prawdy. Zbyt szybko zaprzeczy�
ła.
- Ona nigdy nie kłamie. Nawet nie wie, jak to się
robi.
- W takim razie Brody ją nauczył.
- Jak śmiesz?!
- Victorio, daj spokój - powiedział zmęczonym to�
nem. - Nie posądzam Amy o złe zamiary. Może chciała
mnie skierować na fałszywy trop, bo bała się, że Brody
wróci i będzie się mścił, kiedy dowie się, że go wydała.
Na razie nic nie wiemy. Jednego za to jestem pewien
- że Brody ucieka do Meksyku.
Westchnęła smutno i chwyciła jego rękę.
- Kiedy wrócisz? - zapytała, spuszczając oczy.
- Nie wiem. Nie czekaj. Wracaj do ojca - wyszep-
tał w odpowiedzi. Myśl, że za chwilę ma się z nią
rozstać, przepełniała go ogromnym bólem. Tak chciał�
by obiecać jej, że wróci za kilka tygodni. Tak chciałby
powiedzieć, że ją kocha, i poprosić, by została jego żo�
ną.
A jednocześnie wiedział, że wszystko musi się skoń�
czyć. Przeżyli szaloną przygodę i ciągle jeszcze pełen
był emocji, które łatwo można było pomylić z miłością.
Nie mógł wymagać od niej decyzji w tej chwili. Potrze�
bowała czasu, aby wszystko spokojnie przemyśleć.
Tymczasem musiał ścigać Brody'ego. Jak długo? Może
tydzień, może miesiąc, a może rok. Zcigać aż do skut�
ku, póki nie staną naprzeciwko siebie, gotowi na wszy�
stko. Może nie wyjść żywy z tej walki. Okrucieństwem
byłoby żądać, żeby na niego czekała.
Wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Boże,
jak ciężko się rozstać, nie biorąc jej w ramiona, nie mó�
wiąc jej, choć na koniec, słów miłości!
Wracaj do ojca". Te słowa ostatecznie uświadomiły
jej, że kończy się piękny sen o miłości. Ich drogi roz�
dzielają się i nigdy nie zejdą, jeśli Slater nie zechce wró�
cić do niej. Pragnęła powiedzieć mu, że go kocha, bła�
gać, by z nią został. Ale te słowa nie były w stanie
przejść jej przez gardło. Victoria Stafford nie zwykła że�
brać o miłość mężczyzny.
W głębi korytarza trzasnęły drzwi. Jakiś dżentelmen
uchylił kapelusza na widok Slatera. Cofnęła ręce. To nie
było miejsce na czułe pożegnania.
- Muszę jechać, Victorio - powiedział Slater, odstę�
pując krok do tyłu.
- Tak. Powodzenia - szepnęła, mnąc w drżących
dłoniach fałdę spódnicy. - I... uważaj na siebie.
- Będę uważał - uśmiechnął się. Chciał jeszcze coś
powiedzieć, ale nagle odwrócił się i szybko ruszył ku
schodom.
Patrzyła za nim oczami błyszczącymi od łez.
Odszedł. Bez jednego słowa miłości!
Ze spuszczoną głową wróciła do pokoju. Amy sie�
działa przy oknie, wpatrzona w ulicę. Tylko na mo�
ment odwróciła się, by zerknąć na wchodzącą siostrę.
Victoria usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach.
Rozpacz przygniatała ją jak ogromny ciężar. Obojęt�
ność Slatera była przerażająca. Czy naprawdę nic do
niej nie czuł? Czy żarliwe słowa, które szeptał jej w no�
cy, podyktowane były tylko chwilowym upojeniem
i pożądaniem?
A może sama była sobie winna? Zawsze udawało
się jej o siągać w życiu to, co chciała, bo umiała narzu�
cać ludziom swoją wolę. Slater był jedynym, nad któ�
rym nie była w stanie zapanować. A miłości nie da się
wymusić siłą. Przychodzi, kiedy chce albo nie przycho�
dzi nigdy. Sama się napraszała, robiła wszystko, żeby
się z nim kochać. Gorycz łez wzbierała jej w gardle nie�
powstrzymanym spazmem. Załkała rozpaczliwie
i skuliła się na łóżku, wtulając głowę w ramiona.
- Tory, kochana, co się stało? - zaniepokojona
Amy uklękła przy niej, tuląc policzek do jej mokrej
twarzy.
- Och, Amy, jestem okropna - wykrztusiła Victoria,
siłą powstrzymując płacz. - Powinnam zająć się tobą,
bo po tym, co przeszłaś z tym strasznym człowiekiem,
musisz być...
- Nie! Nie mów tak o nim!
Gwałtowność jej reakcji zdumiała Victorie.
- Jak to? Jeszcze go bronisz? Przecież on cię porwał
i... i zmusił do uległości!
Ku jej zdumieniu, Amy zaczęła chichotać jak pensjo�
narka, wstydliwie zasłaniając usta ręką.
- Wybacz, Tory, nie powinnam się śmiać, bo wiem,
jak się o mnie martwisz, ale przemawiasz jak ciotka
Margaret. A wszystko wyglądało zupełnie inaczej.
- Inaczej? To znaczy jak?
- Och, cudownie, wspaniale. Do niczego mnie nie
zmuszał. Chciałam go i byłam szczęśliwa. Kochaliśmy
się.
Siostra patrzyła na nią, oniemiała.
- Wiem, że się o mnie martwiłaś, ale jak miałam ci
powiedzieć, że jestem szczęśliwa? Kiedy cię zobaczy�
łam tam, w jaskini, z tym kapitanem, który chciał zabić
Sama, nie mogłam się odezwać. Bałam się o niego, ro�
zumiesz?
- Boże, Amy, jak mogłaś?! Jakiś kryminalista był dla
ciebie ważniejszy niż ja? Slater miał rację. Nie wierzy�
łam, kiedy mówił, że kłamiesz, żeby go osłaniać. Do�
brze wiedziałaś, że Brody jedzie do Meksyku!
- Tak, wiedziałam. I żałuję, że nie umiałam dobrze
skłamać.
- Amy! Co ty wygadujesz?! Brody jest zabójcą i ra�
busiem. Porwał cię i uwiódł. On... - ze zdenerwowa�
nia zabrakło jej słów.
Siostra energicznie potrząsnęła głową. Oczy jej bły�
szczały.
- On nie jest złym człowiekiem, Tory! Był dla mnie
bardzo dobry. Wcale nie chciał mnie tknąć. Musiałam
go namawiać, żeby się ze mną kochał. I traktował mnie
inaczej niż wszyscy. Jak kobietę, a nie jak głupią gąskę
albo dziecko, które niczego nie rozumie. Kochał mnie,
[ Pobierz całość w formacie PDF ]