[ Pobierz całość w formacie PDF ]

nudzić opisami potraw, które spożywałem w różnych miejscach. Zwieże powietrze
sprawiło, że już po niewielkiej ilości alkoholu Rick stał się ożywiony i rozmowny. Mary
Lou buła bardziej przygaszona i wyglądała mi na zaniepokojoną, jakby się obawiała, że
Rick się zbłazni. Ale dokładnie w chwili, kiedy bezskutecznie usiłowałem wywołać
uśmiech na jej ślicznej, młodej twarzyczce, zmieniła postanowienie, że nie będzie pić.
Poprosiła o dużą wódkę, co Rick przyjął z takim zachwytem, jakby zdobyła jakąś
nagrodę. Po czym, zupełnie jakbym był jedyną osobą zanudzaną własnym
opowiadaniem, zauważyłem, że oboje są ożywieni, a ja ponury, melancholijnie zazdrosny
o ich młodość, i że zastanawiam się, w co ja się, u licha, wpakowałem. Rick mówił coś o
astronomii - podobno było w pobliżu jakieś obserwatorium - i ubolewał nad faktem, że z
ich okna widać tak mało szwajcarskiego nieba. Mary Lou sprawiała wrażenie
nieobecnej. Odwracając się ode mnie, Rick zwrócił się do niej.
- Czy było trochę słońca, kochanie? - Słońca, kochanie?
- W naszym pokoju, dzisiaj po południu, kochanie. - Wcale nie było, kochanie,
chyba nie.
- Jeżeli brakuje wam słońca albo gwiazd - wtrąciłem zawsze jest mój balkon.
Zróbmy przerwę i chodzmy popatrzeć, jak jest na dworze. Moglibyśmy nawet...
Rick podniósł się gwałtownie. Mary Lou chwyciła torebkę i pospiesznie wyszła.
- Jak ona na to mówi, Rick? Toaleta? Pudrowanie nosa? Kolekcjonowałem to w
Stanach wśród królów i królowych, książąt i księżnych, chłopaków i dziewczyn, wodzów
oraz ich squaw... o, to jest szczególnie ciekawy przypadek, nie sądzisz? Z socjologicznego
punktu widzenia. Powinno się raczej mówić wojownicy i squaw. No, ale to było bardzo
dawno temu. Może w dzisiejszych czasach... Chociaż ten zwyczaj się rozprzestrzenia.
Zauważyłem to nawet w Anglii. Imperializm kulturalny.
- Z przyjemnością obejrzymy twoje gwiazdy, Wilf.
- Co za awans. Napij się, zanim... zostało już tylko na dnie.
Zachichotał. Nie odezwałem się więcej. Czekaliśmy na stojąco, a Rick
niespokojnie stukał palcami o blat stołu.
- Słuchaj, Rick, dwie butelki na troje to znak zwiastujący alkoholizm. Ponieważ
Mary Lou wypiła tylko tę wódkę... Czy ona zna się cokolwiek na astronomii?
Nastało długie milczenie. Rick ocknął się. - Przepraszam, Wilf, nie...
- Mary Lou. Astronomia. - Interesuje się.
- A ja, widzisz, nie. Chociaż tak, właściwie tak. Przeklęte wino. Kelner!
Oczywiście zjawił się kierownik. Poprosiłem o butelkę koniaku, którą przyniósł
po chwili. Rick nadal stukał palcami w stół.
- Na miły Bóg, człowieku!... Mało ci było ćwiczeń? - Nie rozumiem, Wilf.
Wychylił pękaty kieliszek w sposób zdecydowanie pogardliwy. Ja natomiast
odegrałem komedię, grzejąc kieliszek w dłoniach, wdychając to, co podobno nosi nazwę
bukietu, chociaż właściwie wcale nie mam węchu. Czas płynął.
Mary Lou wróciła z toalety bledsza niż przedtem. Może znowu miała torsje.
Rick trzymał w ręce kolejny pełny kieliszek.
- Wilf bardzo by chciał, żebyśmy obejrzeli jego gwiazdy, kochanie.
Mary Lou z lekka zaparło dech. - To świetnie, kochanie.
- Niekrępujący balkon do własnej dyspozycji, moi drodzy. Bezpłatnie.
Chwyciłem butelkę. Rick zatrzymał się w połowie drogi do drzwi.
- Muszę iść do kibla. Nie czekajcie na mnie.
Ruszyłem naprzód z butelką, otworzyłem drzwi przed Mary Lou,
przeprowadziłem ją przez korytarzyk, przez salon, gdzie na stole wciąż leżał papier
Ricka. Otworzyłem oszklone drzwi, przez które Mary Lou - fru, fru - wkroczyła prosto
na balkon.
- Uważaj!
Stała przy samej poręczy. Oparła na niej szeroko rozstawione dłonie, pochyliła
się i spojrzała w dół.
- Rany boskie! Przepraszam cię... ale ja się boję wysokości i co dziwniejsze,
bardziej boję się o innych niż o siebie. Wolę już raczej sam stanąć na skraju przepaści,
niż patrzeć, jak to robią inni... To znaczy stoją... i patrzą w dół. Mam po prostu lęk
wysokości.
Posłusznie, jak mała dziewczynka, wyprostowała się i zrobiła jeden, dwa kroki
do tyłu. Podszedłem do kontaktu.
- Zgaszę światło.
Wygwieżdżone niebo pochyliło się tak nisko, że można go było dotknąć.
- A brylanty, co? Najlepsze towarzystwo dla dziewczyny. Stałem przy jej
ramieniu zastanawiając się, dlaczego, skoro nie potrafię wyczuć bukietu koniaku,
wyczułem delikatny zapach perfum w jej włosach. Przysunąłem się jeszcze bliżej. - Panie
Barclay...
- Dlaczego nagle tak oficjalnie?
- Rick jest zrozpaczony! Naprawdę! - Dlaczego mówimy o Ricku?
Pretensjonalny tekst, godny Dei Caitaniego z  Ptaków drapieżnych". I
rzeczywiście wykorzystali go w filmie - ironicznie, ma się rozumieć. Moja ręka
powędrowała w górę, jakby z własnej woli, lekko dotknęła jej dalszego ramienia i
spoczęła na nagiej skórze. Serce podeszło mi do gardła i zaczęło walić jak młotem. W
uszach słyszałem szum własnej krwi.
A Mary Lou nic. Mniej niż nic. To niezwykłe, nieprawdopodobne. (Mary Lou
nie jest cielesna). Może chodziło o coś na granicy postrzegania pozazmysłowego. Albo z
pogranicza doznań duchowych. Muszą przecież występować we wszystkich możliwych
formach i rozmiarach zależnie od klimatu, jakże by inaczej? Odczułem bowiem uległość,
nienaturalny
spokój, coś w rodzaju bezwładu. Jej - choć może raczej powinienem powiedzieć
owo - ramię zdawało się mieć w sobie mniej życia niż marmur. Bo marmur mógłby
jakoś... byłby... A to nagie ramię było mniej ludzkie niż ramię lalki, było jak ramię
jakiegoś upozowanego i nieprawdopodobnego manekina w witrynie sklepowej, ot,
plastikowy model, i tyle. Wydawało mi się, że z każdą chwilą robi się coraz cięższa, cał-
kowicie bierna.
Poczułem, jak od samych stóp, poprzez alkoholi dziwaczną, lubieżną wizję
starzenia się wzbierają we mnie uczucia tłumiące wszystko inne - poniżenie i czysta,
nieskażona wściekłość. Wiedzieć, że się jest akceptowanym, czy nawet do zniesienia, ale
nie na uczciwych kurewskich zasadach, dla pieniędzy, tylko dla kawałka papieru!
Więc staliśmy obok siebie w obliczu gwiazd bezczynnie, nie mając nic do
zrobienia, nic do powiedzenia. Trwaliśmy w takim bezruchu, że postronny obserwator
mógłby pomyśleć, że gwiazdy nas poraziły.
W końcu zabrałem swoją ciężką rękę z jej ciężkiego ramienia, odrywając ją
jakby z lekkim klepnięciem.
- W głowie mi się kręci, kiedy widzę tyle gwiazd. Podszedłem szybko do drzwi,
zapaliłem światło, przeszedłem przez korytarzyk i wszystkie trzy pokoje, wszędzie za-
palając światło, nawet to balkonowe. Z pewnością wypełniliśmy blaskiem całą dolinę.
- Możesz już przestać patrzeć, do cholery! Kurtyna spuszczona.
Wtedy odwróciła się, nie patrząc na mnie, tylko na drzwi. - Chyba tak.
- Powiem Rickowi, że musiałaś wyjść. Ból głowy. Wysokość.
- Wyjść?
- Kiedy wróci z tego, no...
Zaczerwieniła się od dekoltu aż po nasadę włosów i przysięgam, że dopiero
wtedy dotarł do mnie zamysł ich zmowy. Na koniec powiedziała głosem cienkim, jak
dziewczynka:
- Nie... ja... dziękuję ci, żeś mnie przy jął. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • projektlr.keep.pl