[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ciała, ale i na umysły? Dość, że go wykradłem i przywiozłem tutaj.
- Karmiłeś go? Reynolds zesztywniał.
- Lepiej nie pytaj.
- Pytam. Karmiłeś go?
-Tak.
- Chciałeś mojej krwi, tak? Po to mnie tu sprowadziłeś? %7łeby mnie zabić i
urządzić mu kąpiel w...
Gavin przypomniał sobie, jak potwór tłukł pięściami w wannę niczym dziecko
w swoje łóżeczko, niecierpliwie domagając się pokarmu. Otarł się o śmierć; był
barankiem przeznaczonym na rzez.
- Dlaczego nie zaatakował mnie, tak jak ciebie? Dlaczego nie wyskoczył z
wanny, by mnie zabić? Reynolds otarł usta wierzchem dłoni.
- Zobaczył twoją twarz.
"Jasne, zobaczył moją twarz i zapragnął jej dla siebie, a skoro nie mógł skraść
twarzy trupowi, darował mi życie." W zdemaskowanej nagle logice działań potwora
było coś fascynującego. Gavin czuł przedsmak tego, co tak pasjonowało Reynoldsa -
uchylił rąbka tajemnicy.
- A tamten człowiek w łazni? Tamten, którego szczątki odkryłeś?
- Tak...
- Uniemożliwił przeprowadzenie takiego samego procesu, zgadza się?
- Zapewne dlatego nigdy nie usunięto jego ciała, a tylko zapieczętowano
łaznię. Nikt nie rozumiał, że zginął, walcząc z potworem okradającym go z życia.
Obraz był już niemal kompletny; należało tylko dać upust wzburzeniu. Ten
facet o mało go nie zamordował, żeby nakarmić posąg. Gavin nie mógł już dłużej
tłumić wściekłości. Złapał Reynoldsa za koszulę i skórę i potrząsnął nim. Co tak
zagrzechotało: kości czy zęby?
- Już prawie ma moją twarz. - Utkwił wzrok w przerażonych oczach
Reynoldsa. - Co się stanie, kiedy postawi na swoim?
- Nie wiem.
- Podaj najgorszy wariant, powiedz mi!
- To wszystko przypuszczenia - odparł Reynolds.
- No to przypuszczaj!
- Sądzę, że kiedy stworzy doskonałą imitację strony fizycznej, sięgnie po to
jedno, czego nie potrafi skopiować: twoją duszę.
Reynolds przestał się obawiać Gavina. W jego głosie pojawiła się nuta ciepła,
jakby rozmawiał ze skazańcem. Nawet się uśmiechnął.
- Skurwiel!
Gavin przyciągnął go do siebie. Starannie mierząc; plunął mu w twarz.
- Wszystko ci jedno! Gówno cię to obchodzi, tak?
Dał Reynoldsowi w twarz, raz i drugi. I jeszcze, i jeszcze. Tłukł, aż zabrakło
mu tchu.
Stary człowiek przyjmował ciosy w absolutnym milczeniu. Po każdym
uderzeniu odwracał głowę w oczekiwaniu na następne, ocierając coraz bardziej
opuchnięte oczy z napływającej wciąż krwi.
Wreszcie lawina ciosów ustała.
Reynolds klęcząc pluł krwią, przemieszaną z kawałkami zębów.
- Zasłużyłem na to - wymamrotał.
- Jak mam go powstrzymać? - zapytał Gavin. Reynolds potrząsnął głową.
- Niemożliwe - wyszeptał, łapiąc Gavina za rękę. - Proszę.
Dotknął pięści chłopaka, otworzył ją i ucałował wnętrze dłoni.
Gavin zostawił Reynoldsa pośród ruin Rzymu i zszedł na ulicę. Rozmowa z
nim nic mu nie dała. Pozostawało mu jedynie znalezć ową bestię, która zawładnęła
jego twarzą i przechytrzyć ją. Jeśli mu się nie uda, utraci to, co miał najcenniejszego:
swoją cudowną twarz. Gadką o duszy nie zaprzątał sobie głowy. Chciał swojej
twarzy.
Zdeterminowany, podążał przez Kensington. Po tych wszystkich latach, kiedy
to rządziły nim okoliczności, postanowił wziąć inicjatywę w swoje ręce.
Reynolds odchylił zasłonę, by zobaczyć wieczorną panoramę miasta. To
ostatnia noc, nie będzie więcej spacerów ulicami miasta. Pozwolił zasłonie opaść i
podniósł krótki miecz. Ostrze przytknął do piersi.
- Do dzieła - powiedział do siebie i miecza, po czym pchnął rękojeść. Ostrze
weszło w ciało zaledwie na pół cala, a już zakręciło mu się w głowie. Wiedział, że
straci przytomność, zanim doprowadzi dzieło choćby do połowy. Podszedł więc do
ściany, oparł o nią rękojeść i pozwolił, by o reszcie zadecydował ciężar jego ciała. To
załatwiło sprawę. Zastanawiał się, czy miecz przeszył go na wylot, ale potężny upływ
krwi zdawał się potwierdzać, iż śmierć była blisko. Reynolds próbował jeszcze
przekręcić ostrze, ale sfuszerował i przewrócił się na bok.
Agonia trwała dobre dziesięć minut, ale przez cały ten czas Reynolds oprócz
bólu czuł także satysfakcję. Pomimo wszelkich błędów, jakie popełnił w ciągu
pięćdziesięciu siedmiu lat swojego żywota - a było ich wiele - odchodził w sposób,
jakiego nie powstydziłby się jego ukochany Flawinus.
Potem zaczęło padać, a szmer spadających na dach kropli utwierdził go w
przekonaniu, że to Bóg grzebie jego dom, kładąc na nim wieczną pieczęć. Wraz z
ostatnią chwilą nadeszło wspaniałe złudzenie: zdawało mu się, że przez ścianę
przebiła się jakaś ręka, niosąca światło, odprowadzana chórem głosów. To duchy
przyszłości przybyły, by utrwalić jego żywot. Powitał je uśmiechem i chciał zapytać,
który obecnie mają rok, lecz uświadomił sobie, że już nie żyje.
Potwór unikał Gavina daleko zręczniej niż Gavin jego. Minęły już trzy dni, a
szukający go chłopak nadal nie trafił na jego ślad.
A jednak tamten był blisko - choć nigdy nie za blisko - i temu nie sposób było
zaprzeczyć. Ktoś w barze rzucał: "Zeszłej nocy widziałem ciebie na Edgeware Road",
choć noga Gavina nawet nie postała w tamtej okolicy; ktoś inny pytał: "Jak ci poszło z
tym Arabem?" albo "Co, nie zauważasz już przyjaciół?"
I na Boga, zaczynało mu się to podobać. Nieszczęście otworzyło drogę
rozkoszy, jakiej nie zaznał od dziecinnych lat: poczuciu wolności.
Co z tego, że ktoś inny uprawiał jego ogródek, wymykając się zarówno prawu,
jak i cwaniakom z ulicy? Co z tego, że ten wyniosły sobowtór kaleczył jego przyjaciół.
Co z tego, że tamten przywłaszczył sobie jego życie i przykroił je do własnych
potrzeb? Gavin mógł spać ze świadomością, że równocześnie jest - on sam czy coś
do niego podobnego, to nie robiło mu różnicy - gdzieś tam na ulicy i ktoś go adoruje.
Zaczynał widzieć w tamtym nie terroryzujące go monstrum, ale swoje
narzędzie, nieledwie swoje publiczne alter ego. Tamten był ciałem, on - cieniem.
Obudził się śniąc.
Była czternasta piętnaście i z ulicy dobiegał warkot samochodów. Powietrze w
pokoju było stęchłe. Od dnia, w którym zostawił Reynoldsa na pobojowisku, minął już
tydzień, a on tylko trzy razy opuścił swoją nową metę -malutka sypialnia, kuchnia i
łazienka. Spanie było teraz ważniejsze niż jedzenie czy gimnastyka. Posiadał dość
trawki, żeby podtrzymać stan szczęścia w chwilach, kiedy sen nie przychodził, co
zdarzało się rzadko, a do tego z czasem polubił to stęchłe powietrze, strugi świateł,
wpadające przez pozbawione zasłon okno i tę świadomość, że gdzieś obok jest
świat, w którym nie ma dla niego miejsca.
Obiecał sobie, że dziś wyjdzie zaczerpnąć świeżego powietrza, ale nie zdołał
wykrzesać z siebie aż tyle zapału. Może pózniej, kiedy bary zaczną pustoszeć i nikt
go nie zauważy, wypełznie ze swojej nory. A na razie... sen.
Woda.
Zniła mu się woda. Siedział nad basenem w Fort Lauderdale, nad basenem
pełnym ryb. I ten plusk, wywołany przez ich skoki i igraszki, trwał nadal, wylewał się
ze snu. A może odwrotnie? Tak, słyszał przez sen szum wody i jego umysł
dopasował do tego odgłosu odpowiednie obrazy. Obudził się i wciąż słyszał wodę.
Dochodził z łazienki, właściwie już nie szum, ale chlupot. Ktoś musiał włamać
się, gdy on spał i teraz urządzał sobie kąpiel. Przeleciał w myśli krótką listę potencjal- [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • projektlr.keep.pl