[ Pobierz całość w formacie PDF ]

kasą i wyjmuję dwudziestkę. Przyjmuję pięć dolarów reszty i kładę na stoliku
jako napiwek.
Wyglądam przez frontowe okno pustej knajpki; na ulicy tłum, autobus na
przystanku przyjmuje swój ładunek i rusza w kłębach brązowych spalin. Spoglądam
na budynek sądu po drugiej stronie czteropasmowej jezdni. Obserwuję go, żeby
zabić czas, czekając na Harry'ego. Moją uwagę przykuwa charakterystyczna
sylwetka. Pod światłami na przejściu stoi Aaron Tash, wysoki i chudy. Rozmawia z
jakimś mężczyzną. Nie sposób go pomylić z kimś innym, wygląda jak żywa latarnia
albo ludzki odpowiednik modliszki.
Zastanawia mnie, co robi w środku miasta. Wie, że dziś nie ma procesu. A nawet,
gdyby się odbywał, Tash nie miałby wstępu na salę. Znajduje się na liście
świadków.
Potem powoli kojarzę fakty. Prawdopodobnie idzie na spotkanie z Cro-ne'em! Z
rosnącym rozdrażnieniem zastanawiam się, jak długo to już trwa. Nie przestaję go
obserwować. Tash głównie słucha, ten drugi podaje mu
168
kartką, którą wyjął z kieszeni. Tash jąprzyjmuje, ale na nianie patrzy. Wkłada
ją do aktówki trzymanej pod pachą, tej samej skórzanej teczki, którą miał
podczas każdego spotkania z Crone'em.
Harry wraca z łazienki, podchodzi do mnie.
- Zapłaciłeś? -Tak.
- To chodzmy. -Zaraz.
- Na co tak patrzysz?
- Tam, na pasach.
Harry wyostrza wzrok i szybko namierza cel. Tash zdążył już skończyć rozmową.
Rusza w stroną sądu.
- Co on tam robi?
- Właśnie się zastanawiałem. - Spodziewam się, że Tash' minie schody prowadzące
do sądu i skręci za róg, w ulicę, przy której stoi więzienie. Tymczasem nic
podobnego. Tash wchodzi po schodach i znika w podcieniach sądu.
Harry zerka na mnie. Myślimy chyba o tym samym. Tash idzie na spotkanie z
prokuratorem okręgowym.
- Myślisz, że Tatę na niego naciska? - pyta Harry.
- Nie wiem. - Nagle czuję w powietrzu zapach niebezpieczeństwa. -Przepadła ci
połowa przedstawienia.
-Czyli?
- Rozmówca Tasha. Wysoki, muskularny, z długim jasnym kucykiem, bardzo
wytatuowany. Ostatnim razem widziałem go w pudle. Rozmawiał z Crone'em.
- Na pewno?
Kiwam głową z przekonaniem. To więzień, którego widziałem z Cro-ne'em tego
ranka, gdy po raz pierwszy przyprowadziliśmy Tasha do więzienia - jasnowłosy
wiking.
17
Sanktuarium Tate'a jest świadectwem długowieczności jego funkcji. Na ścianach
tłoczą sią dyplomy, mosiężne tabliczki i oprawione w ramki arkusze, wychwalające
jego nieskalaną moralność - dar wszystkich tych, którzy potrzebują jego
życzliwości. Są też fotografie mężczyzny, w bardzo
169
odległy sposób przypominającego Tate'a - ma ciemniejsze włosy, no i jest ich o
wiele więcej, natomiast trudno by się u niego dopatrzyć policzków obwisłych jak
u buldoga, najbardziej charakterystycznej cechy Tate'a.
Harry i ja snujemy się po pokoju, przyglądamy się dyplomom, czekając, aż Tatę
skończy spotkanie w bibliotece.
Mężczyzna ze zdjęć ściska dłoń bejsbolistom i gwiazdom filmowym oraz politykom,
potwierdzając swoją pozycję wśród ludzi władzy - na wypadek, gdyby ktoś o niej
zapomniał. Niektóre z tych zdjęć zdradzają jego wiek; widniejące na nich
znakomitości od co najmniej dwudziestu lat obejmują posady na tamtym świecie.
Czas upływa, wszystko mija.
Stojący za moimi plecami Harry przygląda się z upodobaniem zdjęciu Mary lin
Monroe, błyskającej obnażonym udem i usadowionej na krawędzi biurka, na którym
widnieje nazwisko Tate'a. Sam Tatę siedzi za biurkiem, młody, bardzo młody,
pełen entuzjazmu i ambicji.
- Kiedy odejdzie na emeryturę, trzeba będzie przy każdym zdjęciu powiesić
objaśnienie. W przeciwnym razie nikt się nie rozezna w tej historii starożytnej
- zauważa Harry.
- Kto powiedział, że Tatę odchodzi?
W kącie gabinetu stoi dwustukilowy złom granitu, nagrobek z napisem:
ZP
Uchylenie kary śmierci Niech spoczywa w pokoju
To dowód zaufania, jakie Tatę żywi do policjantów, i jego wiary w braterską
lojalność wśród oskarżycieli. Podobno zasłania nagrobek czarną koronkową
chusteczką, kiedy obraduje nad tym, czy zasądzić najwyższy wymiar kary, a kiedy
zapada, zaznacza to nacięciami na kamieniu. Nie jest żadnym łagodnym liberałem i
to znajduje odbicie w jego polityce.
Nie zdążyłem obejrzeć nacięć na nagrobku. Drzwi się otwierają. Tatę wkracza do
gabinetu niczym poryw jesiennego wichru. W ślad za nim, jak suchy listek,
pojawia się Tannery.
- Przepraszam, że kazałem wam czekać. Czy Charlotte poczęstowała was kawą?
Macham ręką na znak, że nie trzeba, ale on nie zwraca na mnie uwagi. Siada
ciężko za biurkiem i podnosi słuchawkę, uderzając z rozmachem w jeden z
klawiszy.
- Charlotte, daj nam kawy, dobra? Cztery filiżanki. Hej, chłopcy, chcecie ze
śmietanką i cukrem? -1, nie czekając na naszą odpowiedz: - Jasne, że tak. Daj
wszystko, co jest. I sprawdz, czy zostały tam jeszcze jakieś ciasteczka. Te
miętowe.
170
Odkłada słuchawkę i zrywa się z miejsca, zanim któryś z nas zdążył wykrztusić
słowo. Wiesza marynarkę na wieszaku, dyndającym na stojaku w kącie pokoju.
- Pan pewnie jest Madriani. - Wyciąga do mnie rękę w drodze do biurka, ściska ją
niemal na odczepnego i idzie dalej.
- A to Harry Hinds, mój partner - mówię. Musi się cofnąć, żeby dosięgnąć ręki
Harry'ego.
- Bardzo mi miło. Siadajcie, siadajcie. - Wskazuje nam dwa krzesła. Tannery
przynosi sobie twarde krzesełko z drugiego końca pokoju i siada obok nas.
- Słyszałem o was same dobre rzeczy - zaczyna Tatę. To on tu rządzi. -Zdaje się,
że mamy w stolicy wspólnych przyjaciół. - Wymienia parę nazwisk, znanych wśród
lokalnej palestry.
- Reprezentował pan Armando Acostę - dodaje. Kiwam głową.
- To była wielka sprawa. We wszystkich gazetach. Nie codziennie się zdarza, że
sędzia zostaje oskarżony o morderstwo. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi jeszcze
jakieś śliczne maleństwo - pociąga się za ucho i uśmiecha znacząco, jakby mnie
zachęcał do powspominania przeszłości. Mówi o pułapce z ładną przynętą
zastawionej na sędziego przez policję. Ta przynęta została znaleziona martwa, o
jej zamordowanie oskarżono właśnie Acostę.
- To oskarżenie nie zostało udowodnione - mówię.
- Oczywiście. Pan wygrał tę sprawę. Sędzia Acosta jest panu dozgonnie wdzięczny.
Pański najpotężniejszy fan. Nie zawsze tak bywa.
- Od czasu tamtej sprawy sędzia Acosta ani razu nie przewodniczył żadnemu
procesowi, w którym uczestniczę. Skrupulatnie tego przestrzega.
- Zabawne, j ak się kręci ten świat. Robisz komuś przy sługę, a ta przysługa
wraca, żeby cię ugryzć w tyłek.
- Prawo to nie polityka. Oczywiście jeśli funkcjonuje jak należy. Tatę uśmiecha
się do mnie.
- Oczywiście. A to mi przypomina o temacie naszego spotkania. Cóż za szczęśliwy
zbieg okoliczności - świadek umiera w przeddzień zeznań przed sądem. Zakładam,
że do tej pory nie spotkał się pan z taką sytuacją?
- Nie przypominam sobie.
- Oczywiście to bardzo pokrzyżowało szyki oskarżeniu.
- Zauważyliśmy - odzywa się Harry. Męczy go już wysłuchiwanie tych bajdurzeń.
Chce przejść do rzeczy. - Dlaczego nas pan wezwał?
- Nadal sądzimy, że mamy mocne argumenty przeciwko waszemu klientowi. Tylko nie
zrozumcie mnie zle... [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • projektlr.keep.pl