[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Nie miał racji. Chciała tylko porozmawiać z Esther, skinęła jednak głową,
ponieważ nadal była w wojowniczym nastroju.
- Zaproś go tutaj - zaproponował z wyzwaniem w głosie.
- Dziękuję - odparła.
Czuła się ukarana i upokorzona. Powinna uważać na swój język. Matthew
Trevelyan nie był dla niej odpowiednim przeciwnikiem. Postanowiła zadzwonić
rano do Esther, a wieczorem być może do Andy'ego... Musi trzymać fason. Musi
zachować równowagę. Przede wszystkim jednak nie może więcej drażnić się z
Matthew Trevelyanem. Przed chwilą w jego kocich oczach dojrzała zgłodniały,
drapieżny wyraz. Jeszcze kilka takich złośliwych uwag, a zostanie rozszarpana
na kawałki.
Następnego dnia, gdy Sophie zeszła na dół, jadalnia tonęła w ostrych
promieniach porannego słońca. Aadna pogoda zdawała się wpływać na nastrój
- 39 -
S
R
Biddy, ponieważ paplała radośnie, nie zważając na obecność chmurnego jak
zwykle gospodarza.
- Na Wielkanoc będzie na pewno piękna pogoda - przepowiadała. -
Wspomnicie moje słowa. W każdym razie panicz Philip zażyje trochę świeżego
powietrza, gdy pojawi się tu na święta.
- Teraz też przebywa na świeżym powietrzu - wtrącił Matthew tonem
ironii.
- Ale tam nie jest tak pięknie jak w Port Withian - Biddy nie dawała za
wygraną. - Czy dzisiaj go pan przywiezie?
- Jutro - poprawił ją, ale jeden dzień zwłoki nie pogorszył Biddy humoru.
- A więc zabieram się za pieczenie bułeczek - oznajmiła i opuściła
jadalnię.
Sophie siedziała cicho przy stole, zajęta śniadaniem; nie odważyła się
zadać jakiegokolwiek pytania, skoro Matthew nie przejawiał ochoty do
rozmowy.
- Prawdziwy cud - powiedział po długiej chwili milczenia. - Kobieta,
która nie jest ciekawa!
- Biddy? - spytała, nie pojmując do kogo czyni aluzję.
- Umierasz z ciekawości, aby dowiedzieć się, o kim rozmawialiśmy, ale
postanowiłaś nie pytać - podsumował, wykrzywiając usta w uśmiechu.
- Nie chciałabym wtrącać się w niczyje sprawy - rzekła potulnie. - Po
wczorajszych smutnych doświadczeniach...
- Ale ta sprawa wymagała twojej uwagi - przerwał jej, lekko poirytowany.
- Czy ci się to podoba, czy nie, będziemy mieszkać w tym domu razem przez
jakiś czas. Jutro dołączy do nas Philip.
- Philip? - Wolno podniosła wzrok, starając się, by jej oczy nie zdradzały
nadmiernego zainteresowania.
- Tak, Philip. Mój syn.
- 40 -
S
R
Sophie nigdy nie przyszło do głowy, że Matthew może mieć dziecko.
Wpatrywała się teraz w niego zmieszana, nie wiedząc, co powiedzieć. Ale
Matthew nie zamierzał jej ułatwiać zadania. Wreszcie zapytała o wiek Philipa.
- Ma osiem lat. - W wyrazie twarzy Matthew nastąpiła ledwie uchwytna
zmiana.
Sophie czuła instynktownie, że stąpa po bardzo śliskim gruncie. Pomna
wczorajszych doświadczeń odezwała się łagodnym tonem:
- Chętnie go poznam. Mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko
mojej tu obecności.
- Z pewnością nie - rzekł z powagą Matthew. - Philip jest grzecznym,
dobrze ułożonym młodym człowiekiem.
Dlaczego więc nie mieszka razem z ojcem? - zastanawiała się w duchu.
Dlaczego został wysłany do szkoły z internatem?
Moc pytań bez odpowiedzi i wir sprzecznych myśli kłębił jej się w głowie
przez cały poranek. Zdawało jej się, że po stracie żony Matthew powinien
pragnąć bliskiego kontaktu z synem. Przecież nadal tęsknił za Delphine...
Zwiadczył o tym wyraz jego twarzy, gdy zaraz po przyjezdzie napomknęła o
jego małżeństwie. Dlaczego więc nie chciał być blisko syna?
Oczywiście, w grę mogła wchodzić Eve Corwin. Pani Corwin... Sophie
zauważyła obrączkę na jej smukłym palcu. Osoba Eve Corwin stanowiła tu
pewną komplikację. Być może, gdyby mieszkał tu Philip, sytuacja byłaby
niezręczna...
Sophie uśmiechnęła się do siebie; domyślała się teraz, dlaczego Eve
powitała ją tak niechętnie. Czyżby przychodziła do Trembath po wyjściu Biddy?
Jakże teraz musiała się zżymać! Nie tylko Philip, ale jeszcze ona - Sophie Grant!
Kilka godzin pózniej, gdy Sophie z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy
schodziła na dół, żeby zrobić sobie południową filiżankę herbaty, słońce
świeciło tak oślepiająco, że nie spostrzegła Matthew stojącego w drzwiach
gabinetu. Przyglądał się jej - obserwował, jak w promieniach słońca jej włosy
- 41 -
S
R
lśniły żywym ogniem. Gdy go wreszcie zauważyła, zatrzymała się spłoszona,
ponieważ odniosła wrażenie, że wyczytał z jej twarzy przewrotne myśli.
- Czy... czy coś się stało? - spytała z lekkim poczuciem winy.
- Nie. - Nie zmienił wyrazu twarzy; nadal patrzył na nią z wnikliwą
uwagą, spokojnym, taksującym spojrzeniem. - Słońce wyprawia cuda z twoimi
włosami - dodał po chwili. - Nie zapominaj, że jestem pisarzem.
Zażenowana bąknęła coś pod nosem i chciała wycofać się do kuchni, gdy
jego nieoczekiwane słowa zatrzymały ją w miejscu.
- Dziś wieczór zwolnię Biddy wcześniej i wyjdziemy coś zjeść. W Port
Withian mamy świetną restaurację. Należy do męża Eve Corwin. Właściwie
razem ją prowadzą...
Sophie zaniemówiła z wrażenia, skinęła więc tylko głową i odwróciła się
w stronę kuchennych drzwi. Nie wiadomo dlaczego, ale była pewna, że pomysł
ten strzelił mu do głowy właśnie teraz całkiem nieoczekiwanie. Może
rozszyfrował jej zdrożne myśli o roli Eve w jego życiu i po prostu z przekory
chciał dać do zrozumienia, że jego romans z Eve będzie się toczyć normalnym
rytmem, bez względu na to, czy uzyska jej aprobatę, czy nie. Cóż, ona tego z
pewnością nie zaaprobuje. Ta kobieta miała przecież męża! Na myśl o panu
Corwinie Sophie krajało się serce.
Aż do wieczora Sophie nerwowo przeglądała swoją garderobę. Bez
względu na wszystko postanowiła wyglądać elegancko. Szkoda tylko, że nie
wiedziała, jakiego rodzaju lokalem była restauracja Corwinów.
W końcu dokonała wyboru, dopasowując do siebie różne części
garderoby. Wzięła prysznic i skropiła się obficie perfumami. Miała tylko lekką
kwiatową wodę, więc użyła jej sporo. Długi czas zajęło jej ułożenie włosów.
Jeśli promienie słońca sprawiły, że ich kolorystyka oszołomiła Matthew,
postanowiła tak je ułożyć, by uzyskać podobny efekt przy świetle elektrycznym.
Czesała je tak długo, aż rozbolała ją skóra głowy.
- 42 -
S
R
Jakiś czas pózniej zbiegła w szlafroku ze schodów, żeby uprasować
bluzkę. Na dole w holu Biddy stała gotowa do wyjścia, a Matthew wyszedł
właśnie z gabinetu, żeby ją pożegnać.
Sophie przemknęła obok do kuchni, udając niewidzialną zjawę.
- Gdy jutro przyjdziesz, pojadę po Philipa - powiedział Matthew do
Biddy.
- Przyjdę z samego rana. Upiekłam dziś mnóstwo bułeczek. Philip nie
może się od nich oderwać.
- Ja też, Biddy - pochwalił ją Matthew. - Jesteś prawdziwą czarodziejką.
W dodatku dziś wieczór pachniesz jak księżniczka z  Tysiąca i jednej nocy".
- Niech pan da spokój, panie Matthew - roześmiała się Biddy. - Przecież
pan wie, że to perfumy panny Sophie...
Sophie nie chciała słyszeć nic więcej. Z palącymi rumieńcami na twarzy
szybko zamknęła za sobą drzwi. Czyżby zbyt obficie skropiła się perfumami? [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • projektlr.keep.pl