[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ne. Tfu!... I cóż dziwnego, że gdy je wir obcego, pogodniejszego życia porwie, unurza na
pewno. Wy już tylko własnym powietrzem oddychać możecie, jak te odmieńce, te płazy pod-
ziemne i jak one krwawicie na słońcu, które wszystkie inne stworzenia ożywia... Ból i ból w
miłości! zatrzęsło się piersiowym śmiechem jej ciało potężne. Och, jak ja was tu znam! A
pod bólem niskość i niesyte potem zemsty znęcanie się nad życiem, i wypaskudzanie się
każdemu w jego najcichszą pogodę. O, jakimże zadawnionym wstrętem przejmuje mnie te to
bagno smutku północne, chłonące w siebie najbujniejsze zadatki życia... Boże, jak ja tu tonę-
łam, jak ja tu beznadziejnie tonęłam!... To samo, co tu między wami uczyniłoby ze mnie
dziewkę waszą, niosło mnie tam na świecie wzwyż. Bo taką jest tam cena dusznej pogody,
radosności życia, żywiołu, które nie wiadomo kiedy i jak przetapiają się tam na wolę i ener-
gię.
Roztrzęsły się te jej piersi wielkie w skrzydłach rotundy: poniosło wymowę kobiecą tam,
gdzie się ona zwykle kończy w szczerość bezwzględną.
Tam na świecie mówiła, patrząc nań wyniośle tam na świecie szanują mnie kochan-
kowie moi. A każdy jest dla ludzi kimś ja zaś patrzałam na to stawanie się każdego z nich...
Przyjeżdżam tu po latach (zamachała rękami koło oczu) och, te odżyłe zmory me dziew-
częce! Patrzę, rozpytuję każdy jest najdoskonalej niczym, ale za to tęskni lub w szlachet-
nej pamięci lat tylu szarga wspomnienie mściwym cynizmem. A ja tu przecie roztrwoniłam
swą młodość najcenniejszą!... Ile smętku, goryczy, znużenia sobą, zmarnowania najpogod-
niejszych impulsów życia we wszystkich tu spojrzeniach waszych... Brr! otrząsła się cała i
zatuliła w rotundę, jakby przed mgłą północną wskroś przenikającą.
I patrz mówiła ujmując go niespodzianie za rękę, w tak nagłym kobiecym złagodnieniu
po upuście szczerości dokąd cię ten smutek zawiódł? Chciałeś się mścić nad czymś, co już
dzisiaj jest dla ciebie zgoła obojętne, co już dawno zwiędło w marzeniu. Czy to nie najlepszy
dowód, że wszystkie wasze namiętności są już trupie, że nawet tą najpotężniejszą z człowie-
czych: zemstą i nią nawet nie kieruje serce. Wy tu jesteście antypodami ludzi mających
jeszcze jakieś rzetelne, z natury własnej czerpane impulsy... I pomyśl tylko: za chwilę tamta
dziewczyna! Tak oto wyzuty ze wszelkiej ochoty, z natury nieomal własnej, jużeś się stawał
wampirem cudzej pogody i natury. I tak to u was w koło idzie oto klątwa smętu waszego
w błędne koło.
I aż sama zwiesiła głowę pod myślami tymi.
No, powiedzże choć słowo! rzuciła nagle w rozchyleniu powiek i twarzy całej wydłu-
żeniem niespokojnym: stał wciąż bez ruchu z tym żarem oczu błędnym, suchym rozchyle-
niem zębów i drgawkach na twarzy bladej.
Zaszumiał mu znów w uszach tren wleczony. Dreptał przy nim z cylindrem na tyle głowy i
zezem białek w stronę Bolesława diwy towarzysz nieodstępny. I tego ogona, rzekłbyś, ucze-
piony, nim jakby automatycznie targnięty, wypsnął się skokiem za progi.
Twarz w dłoniach ukrywszy, przylgnął czołem do framugi, szukając w sobie daremnie ja-
kiegoś śladu buntu, żalu czy nienawiści. Bezwola głucha, oszołomienie tępe przywierało go
wprost do tych drzwi zamkniętych, za którymi trzaskał szelestem po schodach diwy tren
szumny. To tryumfujące nad życiem mądre ciało kobiety, które głosi oto z daleka swą pychę
ogonem, pozostawiło mu w swym zwycięstwie odrętwienie myśli wszelkich i dławiącą jak
czad materialność swej aury, pętającą wszelki odruch duszy.
I stał tak wciąż, gubiąc powoli myśl, gdzie się znajduje i co czyni; tężał, krzepł uparło się
ciało w ruchu zastygłym, a myśl i wola człowieka jakby wyrwać się chciały z czoła, które
53
ściskał oburącz. Zaś ten gest kurczowy rodził w tępym odruchu łzy bierne, zgoła omijające
świadomość: ciało samo litowało się nad sobą, strojąc duszę zmyloną na swój ton bezradny.
Nagle ujrzał przypomnieniem, poczuł nieomal na sobie jakieś sowie oczy o żółtym blasku:
przez zrenice jakby widne złowróżbne żagwienie się mózgu tamtej somnambuli, z którą mó-
wił tu na początku. I pan jest taki sam! powiadała mu ta czarownica. Jakiż to? pytał
wówczas trawiony zimną gorączką wielkomiejską? spalony przez innych ogniem wła-
snym?...
Myśl gorączkowa podsunęła mu wnet potem drugie zapatrzenie się w niego: tej twarzy w
monoklu z jej złośliwą chytrością i niemym konceptem figlarnym, lecz jakby zastygłym i
drętwym na obliczu znużonym w ten ostatni wyraz, jaki się czepia zwiędłych po miastach
masek człowieczych. I oto wszystkie oblicza tych ludzi zasłuchanych niedawno w śpiew zlały
mu się w wyobrazni w jedną larwę dusznego bezwładu, budzonego w uśmiech rozkoszny
wiewem niby egzotycznych namiętności, gdy rozpętanie młodego życia imituje przed nią
opiumowa lubieżność megery wielkomiejskiej.
A w kontraście do tej maski błysło mu w otrząsie wspomnień Niny oblicze najmłodsze i
ten jej uśmiech nieuchwytny słonecznego milczenia.
Głuche, tępe przerażenie nad tym, co się między nimi stało, zmąciło mu znów myśli
wszystkie.
Tak to u was w koło idzie! słyszał jakby powtarzane słowa śpiewaczki. W błędne koło
bez wyjścia...
Gdy oto bokiem zachwyciły oczy barwę munduru.
Wojna!... huknęło mu w uszy przypomnieniem nagłym w łoskocie surmy mosiężnej i
tego hymnu podmuchach w muzyce gromów rytmicznych.
Natarczywe, choć ostrożne kołatanie we drzwi z zewnątrz ocknęło go zaledwie przez pół,
budząc jedynie wysiłek ku orientacji: ktoś dobijał się do drzwi, starając się to uczynić wi-
docznie jak najciszej i unikając hałasu dzwonka. Zanim niepewną ręką sięgnął ku zasuwie,
odepchnęło go ramię pułkownika, bardziej skore. Cofnął się, okrągłymi oczami przerażenia
widząc, jak przez próg przestępuje ktoś, spod czyjego kapelusza spływa krew, nasiąka w chu-
stę przyciskaną gwałtownie do czoła, krzepnie w ciemne strupy na brodzie szpakowatej i zle-
wa się w obrzydliwie świeżą, chlupiącą plamę na okryciu; wargi ma obrzękłe w tej chwili i
sine jak stal, a ten siniec rozlewa się wokół ust na twarz.
Nic to! mruczy wchodząc na nogach stoję. To znaczy nie trzeba gwałtu wszczynać.
Wody tylko. I odprowadzcie mnie gdzieś na ubocze do biblioteki choćby, tam nikt szukać
nie będzie. Pan mnie nie poznaje? zwraca się do pułkownika Komierowski, brat Leny.
Ja tak i przewidziałem odpowiedziano chmurnie że tam na ulicy coś złego się stanie.
Bili? wybełkotał Bolesław, nałażąc gorsem koszuli frakowej na tę jego plamę krwawą
na okryciu.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]