[ Pobierz całość w formacie PDF ]
silniej się przywiązują.
Winszuję upodobania! odparł Hieronim, ruszając ramionami. Rad jestem ze swej
czarnej polewki, kiedy tak.
Jeżeli panu nie dogadza mieszkanie, to bym je wziął dla siebie.
I owszem. Oto klucz! Garść mych rupieci proszę odesłać tu. %7łyczę panu powodzenia!
Medyk podał rękę, ale Hieronim nie zauważył tego ruchu i odszedł.
Oto się dopiero będą na wyścigi poniewierać w tak bliskim sąsiedztwie! pomyślał z go-
ryczą.
Miłość jego przeszła wszystkie fazy, końcową był wstyd.
Mijały tygodnie. Nadeszły ostatnie egzaminy. W studenckim świecie zrobiło się cicho.
Wszystkie twarze miały wyraz zmęczenia, niepokoju i oczekiwania. Próżniacy drżeli przed
rezultatem.
Przyszedł wreszcie ów dzień sądu.
Hieronim, idąc z innymi po swe losy, dowcipkował:
Staniemy po prawicy i lewicy! Będzie płacz i zgrzytanie zębów! Ach, oj, czuję w powie-
trzu woń siarki piekielnej! Ach, bracia, nie opuszczajcie mnie w złej chwili! Złóżmy razem
wizytę w kraju potępienia!
Nie bredz, prawica ci się należy!
Tak, mieli słuszność. Hieronim Białopiotrowicz dostał dyplom z odznaczeniem.
I oto stała przed nim droga otwarta. Dobił się celu.
Dziwna rzecz. Ten koniec, o którym tyle lat marzył, nie olśnił go, nie zachwycił.
Z dyplomem w ręku słuchał pochwał i powinszowań roztargniony.
Co by dał, żeby w ów dzień radosny mieć %7łabbę przy boku, z nim razem się cieszyć. Myśl
jego poszła do Krymu, do tego końca, co mu wziął druha na wieki.
Jak wąż wyśliznął się pierwszy z sali, uciekł spośród kolegów i przepadł bez wieści.
49
Wołano go i szukano na próżno przez cały dzień. Miał być bankiet triumfalny, bohater się
nie stawił. Zasiedli bez niego do stołu.
W pół uczty wpadł do sali. Powitano go radośnie.
Coś robił? krzyczano.
Nic ciekawego odparł. Jestem na czas, by spełnić toast z wami! Dajcie szampana!
Nalano szumnie kieliszki. Chłopiec podniósł swój w górę.
Na zakończenie i początek! Co złe, niech ginie; co dobre, niech żyje!
Niech żyje! powtórzono chórem.
Bez strachu przed trudem idziemy w życie! Próżniak niech ginie, praca niech żyje!
Niech żyje!
Niech żyje! powtórzył Hieronim. Była nam drużbą i swatem, wyprowadziła na ludzi!
Cześć jej! Nie zmarnieje, kto ją kocha, a nie rzuci!
Nie rzucimy! krzyknęli wszyscy razem.
Spełniono toast duszkiem.
Oczy Hieronima paliły się zapałem.
Piosenki, bracia! Kto tam za słowika się ofiaruje? Ja umiem tylko hukać jak bąk błotny,
będę wam służył za basetlę! Po chwili jeden głos począł śpiewać:
Hej, użyjmy żywota,
Wszak żyjem tylko raz!
Kilkadziesiąt głosów zawtórowało ochoczo:
Niechaj ta czara złota
Nie próżno wabi nas!
A złota czara młodości stała pełna. Na dnie jej były dla jednych męty, dla drugich słodycz
nektaru. Smak zależał od ust, które piły.
Nazajutrz wczesnym rankiem Hieronim poszedł do kościoła. W przeddzień zamówił mszę
żałobną za przyjaciela i wysłuchał jej, klęcząc w oddalonym końcu. Modlitwą tą żegnał Pe-
tersburg, naukę, życie studenckie zaczynał nowy okres życia.
50
VI
Wojcieszek
Na pogodnym wiosennym niebie odcinał się ostro szkielet na wpół skończonego żelaznego
mostu. Z obu stron równo, jednostajnie bielał świeżutki nasyp kolei. W oddali buchały świa-
tłem baraki robotników, wrzące zgiełkiem, a na stronie, u brzegu rzeki, drzemała wieś długą,
czarną linią.
Robota dzienna była skończona. Na moście stało dwóch mężczyzn, snadz przewodniczą-
cych robotom, a na szynach kilku ludzi otaczało ręczny wagonik, gotowy widocznie do drogi;
%7łegnam pana i dziękuję! mówił starszy do towarzysza podając mu rękę. Przyjeżdżam
tylko, by chwalić i podziwiać, nie ma tu dla mnie roboty. Za miesiąc przybędę na otwarcie
drogi. Czy zdążycie?
Chyba wymarudzimy, bo prawie wszystko gotowe odparł z uśmiechem młodszy. Co
do mnie, wolałbym ten epilog odegrać z panem. Nadchodzą szalone wypłaty.
Masz pan wszakże Eljasmana i jego kasę. Bierz, ile trzeba, i dawaj weksle! Gdy mi rząd
zapłaci, wykupię wszystkie. Pokładam w panu bezwarunkową ufność.
To chyba ja w panu! zaśmiał się młody. Wszakże to moje, a nie pańskie nazwisko bę-
dzie figurowało na stemplowym papierze!
Wszystko jedno. Wszak mnie znasz, panie Hieronimie. Co powiem, dotrzymam! Eljasman
był dziś u mnie. Słyszał to samo. Pieniędzy nie zabraknie. Tymczasem bywaj pan zdrów, pil-
nuj tych zbójów dodał wskazując z dala na robotników i zostań mi, jak dotąd, przyjacie-
lem!
Młody człowiek skłonił się, milcząc, i poszedł za zwierzchnikiem w stronę nasypu. Ludzie
zajęli swe miejsca, inżynier siadł i minaturowy wagonik potoczył się po szynach, burcząc jak
bąk w ciszy wieczora.
Pozostały zawrócił z powrotem po uginających się kładkach rusztowań. Na środku mostu
stanął, zapalił papierosa i oparty o galerię patrzył zamyślony na bystry wir rzeki pod stopami.
Hałas oddalającej się drezyny niemile mu dzwięczał w uszach. Na nim zostawała ogromna
odpowiedzialność, olbrzymia praca, ciągła czujność i kontrola, nieograniczona władza i rząd
paru tysiącami ludzi. Straszno mu się zrobiło, jakby przeczuwał nieszczęście.
Naczelnik wesół i spokojny wracał do rodziny, był pewien dobrego rezultatu, bez trudu
wezmie rządową zapłatę, zarobi dobrą sumę. Miał na swe rozkazy unikat człowieka, który my-
ślał, rysował, liczył, pracował za dwieście rubli miesięcznie i uważał to jeszcze jako świetny
los dla siebie, a zamiast zawiści i niechęci miał dla pryncypała wdzięczność i przywiązanie.
Gdzie się podziały marzenia studenckie o świetnej karierze, które go krzepiły do wytrwania
w pracy? Pięć lat minęło od chwili, gdy triumfujący ze zwycięstwa pił toast na zakończenie
biedy i trudu, szedł po należne laury dla swej wytrwałej pracy. W tych pięciu latach nie speł-
niło się żadne marzenie, zaznał wiele dni głodnych, wiele nocy bezsennych, o chłodzie, i za-
wiedzionych nadziei.
Przez ten czas był palaczem na kolei, przepisywaczem aktów, zwrotniczym, korepetytorem,
a portem, do którego się dobił, uważając za świetną posadę, były warsztaty kolejowe, gdzie
dostał pięćdziesiąt rubli wynagrodzenia i obowiązek podmajstrzego. Nie dziw więc, że obecny
zwierzchnik wydawał mu się dobroczyńcą.
51
Teraz pod koniec strach go zdjął; niechętnych miał wielu, którym kraść i próżnować nie
dawał; dostawcy, nie mogąc go skusić łapówką, knuli intrygi, koledzy bali się go i nie zacze-
piali bez interesu.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]